Ostatnie wpisy
Zakładki:
My się znamy (dobrze)
My się znamy (niedobrze albo trochę, co najwyżej widzieliśmy się raz w życiu, ale nigdy nie wiadomo, może się spotkamy i dwa, a może wcale, jakie to wszystko dziwne, już, już kończę i stawiam kropkę- o tutaj).
|
środa, 25 marca 2009
moje małe brutalne wzruszenie
smutno mi i chyba będę płakał taką przynajmniej mam nadzieję na krótkotrwałe ulotne wzruszenie takie małe chlip chlip płacz płacz łez łez yes yes yes boli mnie w kostce w łydce w dupie w chuju w cipie taki mój mały brutalizm takie niepoprawne machnięcie chujem najlepiej chujem z dużej litery C i dużej litery H jak Chlip Chlip Łez Łez Yes Yes Yes
takie moje małe brutalne wzruszenie
środa, 11 lutego 2009
mieć i być
mam swój dowód osobisty a to znaczy że jestem i mam imię które składa się z pięciu liter dokładnie a nazwisko to już mam ho ho z liter siedmiu się składające co daje razem liczbę dwanaście tak jak dwanaście i osiem to dokładnie tyle ile mam palców u stóp i u dłoni nie licząc już podręcznych przyborów szczoteczki do zębów włosków i grzebienia do włosów ząbków które należą do mnie i dają razem liczbę tysiąc pięćset sto dziewięćset znaków a w systemie zerojedynkowym zer i jedynek zupełnie zliczoną ilość mnie a ja
a dzień przecież miałem nienajgorszy a i nastrój taki wcale a wcale a za oknem jeżdżą samochody a za oknem piesi przechodzą po dla przejściach pieszych
a ja palę papierosy od dziesięciu lat już prawie a może dokładnie od dziesięciu i piję herbatę jest gorzka celowo nie wsypałem do niej cukru nie wiem dlaczego lubię cukier i lubię herbatę z cukrem i nie chcę spać boję się zasnąć chyba a może po prostu boję się zasnąć
zegar tyka tik tak jak ugryzie będzie rak od papierosów albo nie jak rak to chyba na stówę od papierosów albo od prostaty od zapalonej prostaty na którą mam chroniczne zapalenie i co jakiś czas się w środku palę od dymu się duszę ale nie płonę tylko tlę się jakoś tak bez wyrazu bez wyrazów utonę z wyrazami unoszę się tylko trochę na wodzie
niedziela, 08 lutego 2009
Z tytułami jest tak, że czasem się je ma, a czasem nie ma. Dzisiaj się go nie ma.
Nie wiedziałem, kiedy i czy kiedykolwiek to zrobić, ale teraz już wiem- podpowiedział mi to mój stan psychofizyczny, który podpowiedział mi tak (i tych słów użył): „Zrób to teraz”. Wobec tak oczywistej, pewnej, rozkazującej manifestacji, nie mam innego wyjścia, jak zrobić to nie jutro, ani nawet nie za godzinę, ani nawet za piętnaście minut, a tym bardziej za rok, ale właśnie teraz. No więc robię:
kiedy mnie boli siadam sobie przy biurku
Kamień spadł mi z serca. Bo rzecz dotyczyła publikacji mojego wiersza, z którą nosiłem się już bardzo długo i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek (a jeśli kiedykolwiek- to kiedy?) go opublikuję. A że dziś mnie boli i siedzę dziś przy biurku, a do tego najpierw mnie zabolało, a potem usiadłem, i że pomiędzy jednym i drugim nastąpił związek przyczynowo- skutkowy, to niepodobna wyobrazić sobie lepszy moment na publikację takiego, na swój sposób zadeklarowanego przecież, utworu.
W tym odcinku to wszystko. W następnym odcinku też będzie wszystko. I w następnym też. Wszystko.
Zapraszam.
(tu powinien być mój podpis- wpiszcie sobie, co tam tylko chcecie)
wtorek, 25 listopada 2008
Przed chwilą przestraszyłem się, że umrę. Ot tak, w łóżku nagle i bez sensu. I potem co? I nic. I mi się śmierć ze wszystkiego, z całej że tak powiem tajemnicy śmierć mi się odarła, bo po śmierci nie ma nic. Jest ciemno, pomyślałem i zląkłem się nie na żarty. Powinienem nie palić. I mniej pić kawy. Z cichą nadzieją na szansę realizacji obu postanowień, podjąłem oba szybko i odważnie. Bo muszę żyć. Bo parę rzeczy mam tu jeszcze do zrobienia. To nerwica chyba, tak słyszałem. Potrafię się doprowadzić do takiego stanu, że bliski jestem utraty przytomności.
Powinienem mniej pić alkoholu. Mieć trzeźwy umysł.
Dwa razy jednego wieczoru, a to była kilkadziesiąt wieczorów temu, zadzwoniłem na pogotowie. Myślałem, że mam zawał. A to nerwica chyba, tak powiedziała pani w słuchawce, która kazała mi się napić czegoś na uspokojenie, a jak nie ma nic na uspokojenie, no to mleka. Wypiłem szklankę mleka, no i zadzwoniłem raz drugi. Że teraz to już mam zawał na sto procent. Inna już pani w słuchawce kazała mi się położyć spać. Położyłem się spać. No i spałem.
Dzisiaj pomyślałem, że nie zdołam się pogodzić z Bogiem. Że nie zdążę zwyczajnie być wystarczająco dobry. Nawet nie wiem wystarczająco na co, do czego, bo do Nieba to chyba nie, do Nieba to mi chyba dużo brakuje, jakieś kilkaset długości, ale gdzie indziej, w jakieś inne nienajgorsze miejsce przynajmniej, jakieś tam choćby drugie czy trzecie licząc od Nieba w dół, przez ileś tam kręgów niekoniecznie piekielnych, czyśćcowych jakichś może. Żeby chociaż tam się dostać.
Powinienem być bardziej odważny. I asertywny też bardziej. Lepszy. Muszę się apgrejdować. Muszę sobie zainstalować jakieś lepsze cechy charakteru.
To chyba też ta jesień trochę. Albo to już zima, jak spadł śnieg, to może już zima. Zima mnie zaskoczyła. Zastała mnie w starych mocno już zużytych trampkach, które noszę od kilku lat bez przerwy. Nie żebym nie miał innych butów, po prostu nie było okazji, żeby je zmienić.
Trochę mi lepiej. Kiedy piszę, mam wrażenie, że z kimś rozmawiam.
wtorek, 11 listopada 2008
11 XI 2008r. godzina 01:06 czasu Zulu
Przeczytałem parę rzeczy, które napisałem wcześniej i zrobiło mi się wstyd zwyczajnie. Dzisiejszego dnia dodaję swój wstyd do i tak nienajlepszego samopoczucia, wskutek czego bilans mojego dnia wypada nader niekorzystnie.
wtorek, 17 czerwca 2008
16 czerwca
Zapisuję w dzienniku: 16 czerwca. Nic się nie zmieniło. Polacy nadal nie potrafią grać w piłkę. Ja nadal nie potrafię tego zrozumieć. Może mój praprawnuczek, który będzie już pół- człowiekiem, pół- robotem włoży sobie do głowy czipa, żeby obejrzeć mecz na wodzie z Niemcami. I zwycięski remis z Anglią.
A wszystkim polskim kibicom- tym żyjącym dzisiaj i naszym polskim cyborgom przyszłości- zostaną te dwa słowa, które będą- jeden po drugim- zabierać ze sobą do grobu:
Deyna gol.
wtorek, 20 maja 2008
tamburyn- pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy i nie ma żadnego sensu
pierwsza z minutami Za wolność naszą i waszą. za nasze i wasze kompleksy i nieprzespane noce mokre prześcieradła słowa które brzmią dobrze: od potu skóra robi się wilgotna i lepka
Aniołek i diabełek aniołek i diabełek biją się o moją duszę 1:0 dla diabełka póki co
piątek, 09 maja 2008
Koniec końców
Bardzo wiele rzeczy mnie dziś nie cieszy. Zawsze tak myślę w momencie, kiedy czuję się słaby i głupi. Dzisiaj tak mam na przykład.
Mam też tak, że nie wiem od czego to zależy, ale mam wrażenie, że nigdy nie będę sławnym pisarzem. To w sumie nawet zaskakujące- biorąc pod uwagę fakt, że zarówno Sławny Pisarz, jak i ja korzystamy z podobnej klawiatury. Koniec końców, mogę napisać wszystko.
Kaczka. Pocztówka. Obrazek. Mikrofon.
Albo:
Kaczka na pocztówce. Mikrofon na obrazku.
Wszystko.
Mogę napisać „koniec końców”, co zresztą zrobiłem całkiem niedawno. Teraz to powtórzę i podkreślę, bo właśnie sobie uświadomiłem wagę tych słów. Toż to przecież policzek wymierzony w twarze wszelkiej maści optymistów, którzy sobie wyobrażają, że jak już nastąpi koniec, to zacznie się coś zupełnie nowego. Koniec końców oznacza ni mniej, ni więcej, tylko to, że owi optymiści są w błędzie. Filozofia końca końców mówi nam bowiem, że nawet jeśli jest więcej niż jeden koniec (jak na przykład dwa końce, znane choćby z popularnego porzekadła „każdy kij ma dwa końce”) i że ten jeden koniec niczego nie kończy, to możemy mieć pewność, że koniec końców zada definitywny cios wszystkim końcom i wszystkim początkom, w tym także początkom końca i że koniec końców jest nieuchronny, ostateczny i polski.
Tutaj miałem zrobić pointę, ale tego nie zrobię. Najpierw chciałem powiązać jakoś „wszystko” i „koniec końców”, czyli taki typowy pointowy zabieg, z którego zrezygnowałem, bo przyszło mi do głowy takie zdanie:
„Mogę więc napisać wszystko. Tylko po co?”. „Tylko po co?” miało być takim retorycznym pytaniem, oddającym w jakiś sposób tragizm końca końców, ale nie mógłbym skończyć tego tekstu w ten sposób, bo tym samym wystawiłbym się na ataki złośliwych internautów, którzy zaczęliby komentować moje słowa, pisząc:
„No właśnie- po co? Następnym razem zastanów się, zanim cokolwiek napiszesz”. „Sam sobie odpowiedziałeś. Zajmij się lepiej malowaniem.” „Idź sobie coś poczytaj, a dopiero potem pisz” „Wiesz co, zamiast pisać wszystko, lepiej nic nie pisz”
Nie wykluczam, że w mojej obronie stanąłby jakiś inny internauta, wystawiając swoją pierś i swoje zdania przeciwko piersiom i zdaniom interlokutorów:
„Łatwo jest krytykowac. Ciekawe, czy sam potrafisz lepiej” „Założę się, że sam nigdy nic nie napisałeś, a tylko jeździsz po innych”
Później zaczęłaby się regularna bitwa:
„Wiesz co, przeczytaj sobie lepiej Zbrodnie i karę, a potem się odzywaj” „W przeciwieństwie do ciebie wiem, co to jest Zbrodnia i kara, bo przeczytałam wszystkie książki Dostojewskiego i przeczytałam jego biografię, którą kupiłam w antykwariacie, a ty nie wiesz nawet, co to jest antykwariat, bo pewnie chodzisz tylko do hipermarketów” „Tak się składa, że akurat dobrze znam Dostojewskiego i to prawie osobiście. Mój tata jest Dostojewskim, a ty pewnie jesteś gruba i masz pryszcze na ryju, a o Dostojewskim wiesz tyle, ile ja o pingwinach”
Pojawiłby się w końcu ktoś od pingwinów:
„Pingwiny nie są takie głupie, jak wam się wydaje. Każdy myśli, że psy są takie inteligentne, ale pingwiny, o czym można przeczytać np. w książce Pingwiny, są mądre”
Powrót do głównego tematu:
„Ostatnia książka, jaką czytałeś, to pewnie Rogaś z Doliny Roztoki” „A twoja to Akademia Pana Kleksa” „Nie mam czasu na gadanie z takimi idiotami, jak ty” „Jakbyś nie wiedziała, to Dostojewski napisał Idiotę” „Wiedziałam. Jeśli już, to ty nie wiedziałeś”
Ciekawe, czy gdyby muchy miały taką możliwość, to wchodziłyby na fora? Wiedząc, że mają te swoje dwa tygodnie życia, czy oddawałyby się różnym pasjonującym dyskusjom?
„Bzzzz” „Bzz zzz bzz zz” „Zbzbzbzzz bzz bzz” „Bzz bzzzzzz… bz bz bz bz bzz… z… bz… z!”[1]
A potem już tylko:
[*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*]
Ale by było. [1] w tłumaczeniu z muszego na polski: „Tak się składa, że… o… przepraszam, muszę kończyć… chyba umieram… Siemka!”
niedziela, 27 kwietnia 2008
Raz, dwa, trzy, szu-kasz ty
To nie tak, że ja już postanowiłem nidy w życiu nic nie napisac. Ja w ogóle nic nie postanowiłem, ja po prostu przestałem pisac. Sporo się wydarzyło w moim życiu przez ostatni rok, o czym może któregoś razu opowiem. A póki co, złożę sobie tylko najlepsze życzenia z okazji ukończenia 25. roku życia, który to ukończyłem jakiś czas już temu, ale z różnych powodów nie świętowałem go w wirtualnej rzeczywistości. Mam nadzieję, że macie fajne dziewczyny i fajnych chłopaków, fajne orgazmy, szybkie samochody i nie wiem, co tam jeszcze. Pewnie każdy chce miec fajny komputer. Laptopa, z którym można sobie wejśc np. do kawiarni i tam coś napisac. Np. "Doda, zrób mi loda". Albo jakiś inny fajny tekst. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||