| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
My się znamy (dobrze)
My się znamy (niedobrze albo trochę, co najwyżej widzieliśmy się raz w życiu, ale nigdy nie wiadomo, może się spotkamy i dwa, a może wcale, jakie to wszystko dziwne, już, już kończę i stawiam kropkę- o tutaj).
RSS
niedziela, 20 listopada 2005
To wszystko jakieś chore- powiedział pan w reklamie leku na chorobę

Ha. długo by opowiadać, co się działo z moim komputerem, ile razy podchodziłem do klawiatury, próbując napisać wstęp a może napisać cokolwiek, kiedy mój komputer mówił do mnie zyzyzyzyzyzyzyzzzzzzzzzyyyy, a ja patrzyłem w monitor i nie mogłem uwierzyć, że te zdania, które tak pieczołowicie budowałem, te akcenty, które tak sprawnie rozłożyłem, zostawiając miejsce i na smiech, i- tak- i na zadumę, to wszystko, dzieło mojego czwartkowego (?) wieczoru, szlag trafił. A miało być tak śmiesznie. Teraz słowa już nie układają się dobrze, nie chcą stać jedno obok drugiego, nie tworzą szyku, a akcenty, a akcentów nie ma, a jesli nawet są, to brzydkie i zakompleksione, te akcenty są.

Wypiłem kawę. Siedzę w miejscu, gdzie jest bardzo dużo komputerów, wokół mnie siedzą ludzie, którzy mnie obserwują, wychylają się i zaglądają mi przez ramię, żeby zobaczyć, co piszę. Udaję, że tego nie widzę, ale czuję się coraz mniej komfortowo. no to nie zwlekam, zostawiam was z tym, z czym chciałem was już zostawić w czwartek (?), a może piątek, czwartek chyba, ostatnio dość często chodzę odurzony. Jesień idzie, to pewnie dlatego. Spadł śnieg. Jesień i zima tego roku wspólnie postanowiły zaskoczyć drogowców. Jesień zaskoczyła ich jesienią, a zima zimą, a tego spodziewać się nie mogli. Dość- mówię do siebie i zostawiam was z tym, z czym chciałem zostawić was w czwartek (?), a może to był piatek, w czwartek chyba chciałem się pochwalić kilkoma wierszami, które napisałem. Dwa z nich mają tytuł, a jeden nie ma i to nie pomyłka czy roztargnienie, on nie ma tytułu, bo żaden mi się nie podobał. Od lewej do prawej i w dół, tak to się czyta: 

Jadę autobusem


Ostatnio jechałem autobusem

wszedł do niego staruszek

który chwiał się i utykał pomyślałem

że niedługo umrze.

Młody człowiek mówił drugiemu

o telefonie

którego jeszcze nie kupił

a szkoda- powiedział.

Ten staruszek może był w AK

a może nie ciekawe

co myśli o telefonie

którego tamten jeszcze nie kupił

ale kupi niedługo bo to

tytanowy

Staruszek chwiał się i utykał była z nim

starsza pani ciekawe

czy ona ma telefon dzisiaj

każdy ma telefon dlatego

wszyscy się spóźniają

Stanęli obok dziewczyny

która była miła ciekawe

o czym teraz myśli czy

wspomina ostatni orgazm taka miła dziewczyna

nie powinna myśleć o orgazmach nie

w autobusie

którym jedzie

kilka nekrologów i

niedoszły właściciel


kosmicznego telefonu.


Autobus skręca w lewo

zaciskam dłoń na poręczy

żeby nie upaść.


 

***


Słyszałem dzisiaj jakąś starą audycję

radiową a potem Andrzej opowiadał dowcipy

które nie były śmieszne.

Kiedy wracałem do domu

pan chciał kupić mandarynki, których nie było a ja

wyobraziłem sobie jak on je rozbiera tymi

grubymi palcami

zamiast do kotleta ogląda telewizję

do mandarynek.

Ta audycja była bardzo smutna, bo ostatnia On

mówił o końcu świata później

się zabił. Kiedyś mówił, że chodzi w czerni

i że lubi koty nie lubi kobiet palących

papierosy.

Mandarynek nie było pomarańczy

już tak dobrze się nie obiera

można oglądać telewizję do mandarynek ale nie

do pomarańczy.

Miał taki dziwny głos jakaś

dziewczyna nagrała wszystkie jego audycje

tę ostatnią też i

płakała. Pierwszy raz się nie obudził

nie poszedł do pracy a wcześniej

nie zaparzył herbaty

ten chłopak w czarnym swetrze lubił horrory

i koty

nie lubił kobiet

palących papierosy.


Nie było mandarynek. Pan z grubymi palcami – „kurwa mać!”-


odszedł


niepocieszony.



Smutni ludzie kładą się spać do swoich łóżek


Smutni ludzie kładą się spać do swoich łóżek

przewracają się chwilę

poprawiają poduszkę

i kołdrę

naciągają pod szyję

na boku

na plecach

brzuchu kładą się i

zmieniają zdanie

na plecach z otwartymi oczami

szukają metafor których nie znajdują

a kiedy je znajdą

zasypiają.

Dobranoc. A gdybyśmy się nie widzieli, dzień dobry i dobry wieczór- w jednym filmie było.











15:13, zetidwazera
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 listopada 2005
Eksperci, klawiatura, no i ja

"Some experts believe that the use of any keybord may cause serious injury". Ja tam wolę uważać i z klawiaturą obchodzę się ostrożnie. Mam już jeden serious injury i jeden wystarczy, choć nie zwalałbym tego na klawiaturę. Ale ja nie o tym miałem.

A o ostrożności. Bo naciskam te klawisze nieśmiało i bez przekonania.

Nigdy nie kończcie zdania na "bez przekonania", bo nic już więcej nie napiszecie.

17:31, zetidwazera
Link Komentarze (4) »
czwartek, 03 listopada 2005
Zetidwazera idzie na USG

- Tu kolejka jest- pani do mnie. Było ich cztery, trzy na krzesłach, jedna przy drzwiach, bo ona to na chwilę tylko i zaraz wychodzi.

- Bo mi pan doktor przed piątą kazał- zbliżam się do drzwi, ale

- Mi też przed piątą.

- I mi też.

No to siadam. I słucham, że tam coś się pewnie popsuło, bo długo ta pacjentka tam. I że nic nie jadłam od sześciu godzin. Czemu? Bo to brzucha USG, aha, jak tak, no to no. Długo ta pacjentka tam, o stuka w coś doktor, pewnie w maszynę, młotkiem. To ręką trzeba- bach!- i tu pokazane bach. A ja na czczo cały dzień nie jadłam, bo to brzucha (ha ha, ja też brzucha- myślę, a przed wyjściem się nażarłem, pewnie można, ale ona nie wie, tylko wypić dużo wcześniej musiałem, żeby pęcherz było widać) i gdyby to się zepsuło, to ja nie wiem, tak cały dzień bez jedzenia i badania nie ma. To pani zje po powrocie, po powrocie nie, bo na wieczór to też niedobrze.

Czekałem na wyciąg z wątroby rekina, bo takich wizyt ostatnio miałem dużo i już wiem, że jak wyciąg z rekina, to z tego, bo tamten ma wyciąg też dobry, ale nie taki, a tej babie co przed chwilą była, wie pan, to ja nie wierzę, te ręce, które leczą, bzdura, a ta głupia przychodzi i nie wie, że tu nie ma neurologa, oj ludzie, ludzie. Wyciągu nie było, za to wyszła pacjentka i zaraz słyszę doktora:

- Zetidwazera!

No to się podnoszę i do drzwi.

- Jaka pani? Kogo doktór wołał?

- Gdera? Wera?

- Zezera jakaś chyba.

Ja już przy drzwiach, ale najpierw ta pani, co tylko na chwilę i zaraz wychodzi, więc ona do środka, a ja

- A co pan? 

- bez kolejki?

- Bo to moje nazwisko doktor wymienił.- mówię.

- Ale ja pierwsza byłam już się dawno rejestrowałam.

Jedna wzięła mnie w obronę albo przynajmniej w pakt o nieagresji.

- Może pan się wcześniej rejestrował, nie wiadomo.

Ta, co była pierwsza, ze wszystkich była najgorsza.

- To tak nie powinno być, że bez kolejki, powinno być, że kto pierwszy, a nie, że doktor czyta.

Ta, co na chwilę, wychodzi, a doktor

- Zetidwazera!

Chwilę stoję i patrzę na tę pierwszą w kolejcę, ona kiwa głową w dwie strony i nie godzi się, ja wchodzę.

I widzę, jak on mi tę maź po brzuchu rozprowadza, bierze do ręki ten badylek, a ja umieram ze strachu.

- Oj, z tym już nic się nie da zrobić.

- Z czym?

- O, z tym. Oj. Niedobrze.

- To znaczy?

- Oj...

- Niedobrze?

- Oj, bardzo.

- Da się to wyleczyć?

- Oj, nie. To koniec.

Koniec?

Koniec?

I widzę, jak on mi tę maź po brzuchu rozprowadza, bierze do ręki ten badylek, a ja umieram ze strachu.

Jeździ mi tym, jeździ, coś za długo się w jednym miejscu zatrzymał, patrzę na niego, bo na monitor się boję, jakby tam nagle miało wielkimi literami wyskoczyć RAK albo NIE MA NADZIEI DLA TEGO CHŁOPAKA. A on się, kurwa, przestał uśmiechać. Co pan, kurwa, taki skupiony? I przestał gadać. Powiedz coś. Tylko, nie kurwa oj. Oj chyba nie lubię najbardziej u lekarzy. Oj, tu jest problem, oj z tym jest niedobrze- mówił w mojej dupie palec urologa. 

Jest nieźle, zostawił miejsce, gdzie - jak się potem dowiedziałem- mam prostatę i pojechał dalej. Wdech, wydech, badylek pod żebra. Papierowy ręcznik. Nic nie ma. Tylko nie siadaj tyłkiem na pomniku Mickiewicza, ha ha ha- powiedział i zaśmiał się doktor. Ja też się zaśmiałem- raz na głos, a drugi w duchu, że się śmieję na głos.Wychodzę. Doktor wykrzyczał  nazwisko, a ta, co była pierwsza, choć to nie jej nazwisko

- To pani?- pyta ławka rezerwowych.

A ona jednym susem w drzwiach gabinetu.

- Pani Dwazetizero?- upewnia się doktor.

- Nie, ale ja tutaj ten... - rach trach i już w środku.

- To tak nie powinno być- zgodziła się ławka rezerwowych.

Wyszedłem, wsiadłem do samochodu. Zapaliłem silnik. Zapaliłem papierosa. Zapaliłem prostatę.

I stąd to wszystko.

00:59, zetidwazera
Link Komentarze (4) »
sobota, 29 października 2005
Serwal

Pani Ela to bardzo dobra znajoma moich rodziców i moja. No więc mówię, po cichu, żeby wujek nie słyszał, mówię do mamy:

- To zadzwoń do pani Eli i ona ci wszystko wytłumaczy.

Pani Ela wiedziała wszystko, bo oprócz tego, że jest bardzo dobrą znajomą, jest także naszym- jak to się mówi- lekarzem rodzinnym.

- Ale co ci jest? - pyta mama, a podchodzi ojciec i patrzy.

- No nic, nie chcę teraz tłumaczyć, no zadzwoń do pani Eli i ona ci powie.

- Co mi powie?

- No taki problem mam mały, ona wytłumaczy- ostatnie dwa słowa powiedziałem już ciszej i bez przekonania.

- Jaki problem?

- (mój ojciec spogląda tylko z wyrazem- bo ja wiem- dezaprobaty?)

- No taki problem... stan zapalny mam... prostaty.

Stan zapalny brzmi lepiej niż przewlekłe zapalenie, zanotowałem wcześniej. I nie wspomniałem też o USG, o tym nie wspominam nawet sobie, bo wyraz USG kojarzy mi się z innym trzyliterowym wyrazem, który skrótem już nie jest. Ani serwalem, skoro ja już tak o zwierzętach.

I znowu kurwa na bok muszę odłożyć ból istnienia, żeby zająć się bólem jądra, który- jak się dowiedziałem od pana, co trzymał palec w mojej dupie- jest bólem prostaty promieniującym na jądro.

I badania mikrobiologiczne. Dostałem taki mały wąski pojemnik i informację, co mam z tym pojemnikiem zrobić. Z tym akurat nigdy nie miałem problemów, więc następnego dnia poruszyłem nieco wyobraźnię i pojemnik był pełny. No, do połowy pełny, bo na początku nie mogłem trafić. A jak przyszedłem już z nim do laboratorium, to był do połowy pusty, a nawet bardziej, bo połowa z tamtej połowy rozlała mi się w kieszeni płaszcza. Jak już wytarłem kluczyki i resztę zawartości kieszeni z własnej spermy, to poszedłem do tego pana i dałem mu pojemnik, który ten upuścił. A ja cieszyłem się, że nie uścisnąłem mu na koniec dłoni, bo podawać komuś dłoń z własnym nasieniem to chyba za duża poufałość. 

A ta jesień jest naprawdę piękna. Na te liście tańczące na wietrze to się napatrzyć nie mogłem. A potem dotknąłem swojego jądra i pomyślałem o kolejnym badaniu. A liście fruwały dalej.

20:53, zetidwazera
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 października 2005
Karp

Sprawa ma się tak. Mam dwa domy- jeden to dom rodzinny i znajduje się w przeuroczym, co by tu dużo mówić Kędzierzynie- Koźlu, a drugi to krakowski, to jest tam gdzie studiuję, czyli w przeuroczym i tak dalej Krakowie. I jakieś kable, a może to komputer albo coś w każdym razie połączenia z siecią nie mam. A tu mam. Tu, w Kędzoerzynie. Stąd piszę.. I dlatego tak rzadko. Ale też dlatego, że mi się zwyczajnie nie chce.

Może to też dlatego, że jestem mniej sfustrowany, bo chyba najlepsze rzeczy wychodzą mi, kiedy jestem sfrustrowany bardzo. A mnie tylko boli jedno jądro, ale tylko trochę, tak delikatnie, więc jeszcze za mało, by myśleć o śmierci.

Zacząłem więcej czytać. Mniej piję. W ogóle nie piję, dzięki czemu mogę czytać, mój mózg jest bardziej chłonny, zwoje w tym mózgu pracują lepiej i więcej z tego, co czytam rozumiem i jestem zadowolony. Obejrzałem wczoraj Karola i się bardzo śmiałem. Nie wiedziałem, że to film po angielsku z dubbingiem, nie wiedziałem też, że jest taki słaby. Ale zwycięzców i filmów o papieżu się nie ocenia, więc dość.

I te wybory jebane. E tam, zbyt zmęczony jestem na to. Późno jest. Spróbuję coś jutro jeszcze tu . Ten.

Aha, ten karp nieszczęsny.

Karp pływa.

Następny wpis będzie nosił tytuł serwal. Bo widziałem ostatnio w jednym filmie przyrodniczym, jak taki serwal na sawannie skacze dwa metry w górę i łapą zbija z powietrza ptaka, którego potem pożera. Coś pięknego.  

23:27, zetidwazera
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 października 2005
Pędzą sanie po betonie

Hm.

Czuję się, jak kolega, który nie pisze, że przyjechał na święta.

Póki co, tylko tyle, ale obiecuję, że wszyscy zjemy świątecznego karpia.

jeśli ktoś, czytając to, jest zmeczony, wyjaśniam, że posługuję się tutaj zręcznie pewnymi metaforami.

Następny wpis będzie nosił tytuł KARP.

Bo to metafora taka. 

23:38, zetidwazera
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 września 2005
Wyznanie za prawie 10 punktów

Czasem uda mi się coś fajnego napisać- jak w te dni, kiedy mój strach osiągał nieprawdopodobne rozmiary i już żegnałem się ze wszystkim, co... albo nie co- z życiem, krótko mówiąc, nie będę nic wymyślał. No więc udało mi się napisać coś fajnego, a w szczególności to jedno zdanie, upchnięte gdzieś pośród innych, różnych, dobrych, gorszych i złych, które niekoniecznie razem dobrze współgrały, to jedno zdanie, które brzmiało tak:

Kiedy nie myślę o sobie, myślę, jakim jestem chujem.

I może nic wielkiego, ale te kilka słów idealnie oddaje stan, w którym się znajdowałem, a może nawet więcej- może charakteryzuje mnie jako takiego. To zdanie to ja.

Chciałbym być lepszym człowiekiem.

Chciałbym umieć nie ranić.

Co wieczór kładę się spać z myślą, że jestem lepszy o 5 złotych, które rzuciłem jakieś żebrzącej kobiecie na ulicy. Że jestem o krok bliżej Nieba, a już na pewno o krok bliżej od wielu ludzi, którzy nie szli tą ulicą, nic nie wrzucili, albo nie mieli 5 złotych, albo siedzieli w domu, posuwając w myślach dziewczynę swojego kumpla. Że jestem lepszy o kilka słów modlitwy, którą zmówię za swoich bliskich, z każdym pojedynczym słowem osiuągając przewagę w peletonie. Jestem złym człowiekiem- wyznaję przed Bogiem, dodając sobie kilka punktów za to wyznanie: po jednym punkcie za jestem i człowiekiem plus 3 za złym, bo to w końcu coś i nie każdy tak potrafi. Kiedyś wyznałem to przed kswiędzem, a to się liczy podwójnie, bo ksiądz, bo Kościół, bo- o! łzę uroniłem! Kto to widział?

Widziałeś?

Widział Pan... Boże?

Tak mi smutno i tak, kurwa, ciepię, że lepiej chyba nie można i jak już będę w Niebie, to dostanę dobry rząd, blisko sceny, na której obe4jrzę całe swoje życie i to, jaki jestem (byłem) mały.

Jaki-1

jestem (byłem)-1 (liczy się tak samo)

mały-3.

I to jest właśnie,kurwa, straszne.

Mam pisać dalej?

Im gorzej, tym lepiej, a kiedy tak nabijam sobie poczucie własnej wyjątkowości, komuś naprawdę jest źle. Bo kogoś zraniłem i czego tutaj nie napiszę, to wiem, że dostanę Boskiego kopa w dupę, za to jakim jestem miałkim narcystycznym chujem.

Miałkim-3

narcystycznym-3

chujem-3

I tak do usranej śmierci.

Przepraszam, Mała.

01:45, zetidwazera
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 sierpnia 2005
Takie tam sobie późną nocą rzeczy piszę

Chciałem znowu jakiś wiersz przytoczyć, ale co tam, sam coś napiszę.

Siedzę sobie i palę papierosa.

Jest fajnie.

Jest późno.

Jest późno i fajnie.

Już nie palę papierosa.

Tylko siedzę.

W ogóle nie powinienem palić.

Tylko siedzieć i pisać.

O tym, jakie to wszystko fajne.

P.S. Czy ktoś wie, co robi w tej chwili Olivier Janiak?

01:28, zetidwazera
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2005
Ja

Dom. Moje ściany, mój komputer, klawiatura. Moje słowa. Mój pies. Tomik wierszy, które zacząłem czytać w samolocie. Izet Sarajlic. Wiersze dobre i niedobre, kilka pięknych, jak ten:

(...) miłość Niemcom nigdy nie wybaczy

tych pięciu krwawych lat w Alejach ujazdowskich,

pięciu krwawych lat

bez nawet jednego miłosnego wiersza,

bez nawet jednego pocałunku

w Alejach Ujazdowskich,

niewyobrażalnych bez wiewiórek,

niewyobrażalnych bez miłości. (...)"

Jakie to proste, a jakie ładne.

Umieć tak pisać. Bez zażenowania. Żeby się nie wstydzić.

Moje słowa, moja krótka historia, którą dzielę się z ludźmi, których nawet nie znam. Stepowy, aleś to napisał:

Możemy patrzeć na ten sam księżyc.

Myślę sobie o Was. O Tobie.  Oddychamy przecież jednym powietrzem. Niby różnimy się czymś, ale przecież jesteśmy tacy podobni.

Niby wszyscy czekamy na cud, a kiedy się zdarza odwracamy głowy, zawiedzeni. Przekonani, że  miał być całkiem inny. Niezwykły. A to. Przecież jest. Niezwykłe. Że. Oddychamy. Tym samym powietrzem. I. Możemy wciąż patrzeć.

Na ten sam księżyc.

Lepiej bym nie umiał.

Moje słowa, moje myśli, moje imię i nazwisko. mój paszport, a w nim moja twarz. Ja. Jestem. Ja- zestaw gadżetów, które dał mi Bóg, ale nie na zawsze.

Tak bardzo się boję.

Teraz naprawdę.

19:15, zetidwazera
Link Komentarze (3) »
środa, 17 sierpnia 2005
O Chicago z Dominikany

Na cos te moje mysli, skreslone niedbale w moim zeszycie musza sie przydac. Oto chicago, jego przedmiescia, ladne, wygodne, glupie i bezsensowne i ja, i moje choroby- bo nikt nie jest hipochondrykiem, dopoki mu sie tego nie udowodni.

Jestem Greg i bede dzisiaj waszym kelnerem odebral zamowienie i je zrealizowal. Ja je zjadlem.

Polewaczka polewa trawnik. Tysiace identycznych trawnikow jest w tej chwili podlewanych. Pozostale kilka, kilkadziesiat tysiecy nie jest.

Wczoraj zamowilem polskie piwo u polskiej kelnerki w polskiej knajpie.

dzisiaj sie masturbowalem. Zaczalem, myslac o kolezance z liceum, ale bylo mi troche glupio, wiec pomyslalem o innej, przed ktora juz mi glupio nie bylo. W niej skonczylem, ona wydala jek rozkoszy, a ja spuscilem wode.

Bylem na ostatnim pietrze wiezowca, ktory jest tylko trochwe mniejszy od najwyzszego na swiecie. Popatrzylem na panorame miasta i byla ladna.

Kiedys powiedzialem kolezance, ze jest mi zle i w ogole jakos tak malo rzeczy mnie cieszy. Ona na to, ze moze powinienem sprobowac sportow ekstremalnych.

Polewaczka wydaje mi sie dziwnie smutna w tym swoim tepym wesolym polewaniu. Na grillu smaza sie steki, amerykanska flaga lopocze na wietrze. Polewaczka leje na to.

I tak sobie pisalem. i jeszcze wiecej, i jeszcze gorzej, i bardziej bolesnie i zbyt intymnie, by to tutaj przytoczyc. Przynajmniej na razie. A z pobytu w Chicago wynioslem na pewno tyle, ze nie moglbym tam mieszkac. nie tam, nie na tych przedmiesciach, gdzie kazdy dom wyglada tak samo, gdzie kazdy ma obowiazek pod kara grzywny sie z toba przywitac, usmiechnac i pocalowac cie w dupe. Jak greg (a moze Fred), ktory powiedzial, ze "awesome" (czyli zajebiscie), ze na taka wycieczke sie rodzina cala wybralismy. i tyle Grega (Freda). Moze posuwa teraz swoja panienke, moze nie ma panienki, moze za to ma raka i niedlugo juz go nie bedzie, jak wielu z nas, wczesniej czy pozniej, malych elementow tej smiesznej ukladanki, zabawki, ktora potrafi dawac tyle radosci, strachu, cierpienia, nadziei, tyle roznych slow, z ktorych istnienia nie zawsze zdajemy sobie sprawe.

I to tyle w dzisiejszym odcinku. 

18:28, zetidwazera
Link Komentarze (8) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10