| < Styczeń 2005 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
My się znamy (dobrze)
My się znamy (niedobrze albo trochę, co najwyżej widzieliśmy się raz w życiu, ale nigdy nie wiadomo, może się spotkamy i dwa, a może wcale, jakie to wszystko dziwne, już, już kończę i stawiam kropkę- o tutaj).
RSS
sobota, 29 stycznia 2005
Samo zycie

Znów serce zabiło mi mocniej. Znów moje żałosne egzystencjalne problemy przysłonił tytuł kretyńskiej telenoweli. I tak co jakiś czas. I w kółko. I źle mi jest. Z tym. Wszystkim.

23:11, zetidwazera
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 stycznia 2005
Oni ich im

Dzisiaj. Znów przystanek, śnieg, samochody, ale inaczej już. Bez ścieżki dźwiękowej i mniej magicznie jakoś. Nikt też nie spoglądał na mnie zza szyby tramwajowej, a stopy przemarzły. Do wypożyczalni jechałem kasety płyty oddać. Kiedy dojechałem, zapytałem czy jest film „Happiness”. Lubię szydercze filmy i ich szydercze tytuły. Tytuł jest, film ponoć też, choć nie oglądałem, a mijałem go codziennie jak niedoszłą kochankę. Niedoszłą. Niedoszłego. Filmu nie ma. Poszedł, zniknął. Znudził się swoim niewypożyczaniem go i postanowił odejść. No to „Urodzonych morderców”, bo jeszcze nie widziałem, a zawsze chciałem wiedzieć, o co Tarantino był zły na Stone’a. Paluszków chipsów coli imbirowej nie chcę, papier toaletowy mam, wszystko, nic mi nie trzeba, tylko tych morderców, proszę pani, tych morderców urodzonych biorę pod pachę, wcześniej płacę i wychodzę.

Zadzwonił ojciec. Odbyłem miłą rozmowę. O jego i całej reszty rodziny rzucaniu palenia i moim nierzucaniu. Bo ja, tato, w nałogu jestem, wyznałem, chyba po raz pierwszy tak szczerze, ale obiecałem rzucić, muszę,  nie będę jedynym łosiem bez charakteru w rodzinie. I jadę. Autobus. I tysiące myśli. I jakoś tak przyjemnie. Siedzę i sobie w głowie słowa układam. Mógłbym zaśpiewać piosenkę (bo jest taka): „jestem radosna, jest mi fajnie, słońce świeci, trawa pachnie”. Tylko że zbyt wiele rzeczy się nie zgadza. Więc nie śpiewam. Autobus wypluwa mnie na Słomianej, to na pasy, ale nie, zaraz, ile papierosów zostało, za mało, na dzisiaj za mało, to na stację (benzynową), kurwa, paranoja, muszę rzucić palenie, bo jak pięć za mało na godzinę 22, to jest źle. To dupa. Stopy przypomniały o swoim uprzednim przemarznięciu, przyspieszam kroku. Po drodze mijam trójkę ludzi, z której (tej trójki) jeden opowiada o koledze, co to on o muzyce wie WSZYSTKO. A ja wiem, że kłamie, więc (nie- więc) na stację benzynową wchodzę i do środka, i „Przekrój” kupuję (to dla Raczkowskiego), i papierosy, i batonika, bo czekolada, bo dawno nie jadłem i mam ochotę. Pani liczy, ja płacę, podaje siatkę. Mnie. Mi. Mała Mi i muminki. Nie...- zaczynam.- dziękuję, nie trzeba siatki. Poradzę. – kończę, ale cos mi nie gra, mój organizm się buntuje, mózg wysyła dyrektywy do podniebienia i języka i wiem, że jakbym nie próbował, to nie zatrzymam już tego procesu, tej reakcji pieprzonej łańcuchowej. W końcu kapituluję: - Sobie. – mówię, bo wiem tak jak mój organizm, że nie zostawię „poradzę” samego. Poradzę musi być sobie. Bo komu? Bo co? Komu co poradzę? Sobie, kurwa, poradzę bez siatki, bo jak tylko poradzę, taka samoistna wyspa, bez sobie, bez nikomu, to ciąg logiczny załamany, a dla mnie wieczór spierdolony, bo wiem, tak jak mój organizm, że to sobie nie dałoby spokoju. Mnie. Mi. Mała Mi i muminki. Nie dadzą mi spokoju. Oni ich im. Nigdy nie lubiłem tej bajki.   

23:10, zetidwazera
Link Dodaj komentarz »
Chwile

Wczoraj. Przystanek tramwajowy na Słomianej obok autobusowego. Ja na autobusowy. Na hiszpański drugi koniec miasta. Zimno i gęsto pada śnieg. Słuchawki na uszach, żeby zrobić podkład muzyczny dla tej sceny. Bardzo ładnej filmowej. Śnieg, samochody, ja sam na przystanku. Scena prosta i urzekająca. No i muzyka. Niepokojąca trochę, dająca wrażenie dotknięcia czegoś. Tak więc ja, śnieg, samochody i transcendencja. I dziewczyna. W tramwaju, przy moim (autobusowym) przystanku. Tramwaj się zatrzymał, a ona przyklejona do tylnej jego szyby. I patrzy. Na mnie się patrzy. Ale inaczej jakoś. Ręce trzyma na szybie, a oczy starają się przewiercić przez dwie warstwy szkła- szyby i okularów. Ja też patrzę, może ją przetrzymam. Ona się nie poddaje, więc mi pierwszemu się robi głupio. Gmeram przy słuchawkach, ale zerkam znowu, może przestała. Patrzy. Zdziwienie wymieszane ze smutkiem i Bóg wie czym jeszcze. Gdyby ładna była, to pewnie od razu dodałbym jedną gwiazdkę do skali swojej atrakcyjności. A tak tylko obserwowałem ruszający tramwaj z szybą przyklejoną do dziewczyny do szyby do okularów do mnie. I dziwnie mi się zrobiło.

17:30, zetidwazera
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 stycznia 2005
czarne sa porzeczki

Siedzę. Sok hortex czarne porzeczki mówi mi, że mógłbym odwiedzić ten letni ogród, zerwać aromatyczne czarne porzeczki i zasmakować w ich soku.

Ech, moja mała ta niestabilizacja apokalipsa mała. I znowu czemu po co kiedy i co ja mam do kurwy nędzy ze sobą zrobić. Pójdę do sklepu może. Obiad zrobię. Kurczaka usmażę z sosem meksykańskim czy może innym jakimś.

Mogę też- mówi do mnie sok hortex czarne porzeczki- zaufać komuś, kto od lat wybiera najlepsze i najsmaczniejsze owoce.

Mój dziadek zbiera owoce. Dziadek babcia moje dzieciństwo sielskie anielskie to Mickiewicz napisał  to w ósmej klasie ale też w ogólniaku Mickiewicza sporo było i alkoholu na przerwie w domu na wycieczkach mazurach. I autobusy o 21:30 żeby na 22 w domu bo za młodzi bo jak będziesz miał osiemnaście lat to będziesz wracał o której chcesz a jak osiemnaście to kto cię utrzymuje zarabiasz nie jak zarabiać na siebie będziesz to będziesz razem z tym zarabianiem dyskutował.

Fajnie było.

Ech, nostalgia.

Za to jak sięgnę po Hortex, to odkryję prawdziwy smak natury.

 

Sięgnę może czemu nie.

 

19:15, zetidwazera
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 stycznia 2005
TeleHannah

W tym roku telekamerę odbierze Daryl Hannah. Kto? Daryl. Hannah. Wiesz, aktorka. Amerykańska. W filmach gra blondynka czasem jak to nie wiesz, kurwa?

I stało się.

Przyjechała.

W swojej własnej osobie. A teraz wróci z powrotem i opowie wszystko, co widziała. A widziała dużo.

Hołd dla Siedmiu Samurajów Kurosawy. Bo ich siedmiu było, tych na scenie, co się walili kijami po głowie. W zasadzie walili w jednego, tego siódmego, nie wiem czemu, ale w końcu sobie poszedł. To ze złości chyba.

I przyszli. Ona i on, on czyli konferansjer dzisiejszy i satyryk na dokładkę. Kiedy ona szła, a on razem z nią, to mi ten dowcip jeszcze kołatał się w głowie- o trenerze, co to on patrzy na zegarek i daje zawodnikom OSTATNIE WSKAZÓWKI...

Na Boga! Panie Żmijewski! Chcesz mnie Pan zabić?! Mój organizm nie zniesie takiej ilości  humoru! Humoru z dużej i samo h. Hamak, harmider, humor. Żmijewski też powinien być przez samo h. Jak humor jego i Torbickiej przez samo h jebany.

I przyszli. Panowie, co to za samurajów robili podnosili miecze kije znaczy się, a oni między nimi. Przechodzili stanęli, on odszedł na bok, ona w miejscu została i się uśmiechnęła. Ta gejsza nasza amerykańska. Powinna zmienić nazwisko na Kill Bill, to by ludzie połapali się, że Kill Bill przyjechał i nikt nie czułby się zmieszany. A tak ona się usmiecha tyleż szczęsliwa, co zażenowana, że do obcej krainy Morloków wjechała, a Torbicka i reszta robi wszystko, żeby nie było, że przypadek i że wcale nie chcieliśmy Roberta de Niro zaprosić. Może to i dobrze, bo by trzeba na scenie jelenia postawić. Albo taksówkę. A tak to przynajmniej znany skądinąd Akira przewróci się w grobie. I tyle.

W przyszłym roku telekamerę otrzyma Linda Evans. Kto? No Evans Linda wiesz Dynastia, wieżowce, bogactwo Blake, żona Blake’a ona, ładna starsza pani... To ona jeszcze żyje? Tak.

 

Ale musimy się spieszyć.

23:49, zetidwazera
Link Komentarze (2) »

Cały mój pokój stara się sobie przypomnieć jak wyglądały czasy, zanim wpoiłem mu fundamentalne zasady brudu. Syfu tudzież. A ja razem z nim. Jak to było. Nie wiem czy posprzątać, czy się wyrzygać. Stacjonujący nieopodal dezodorant dziwnie tu nie pasuje. Woda kolońska łączy się w bólu z dezodorantem. Herbata i dym papierosowy zajęły strategiczne pozycje na zębach. Pot merda koszulką. Strauss robi ścieżkę dźwiękową. Gdyby jakaś kobieta chciałaby poczuć się brudna, to właśnie tutaj. Wprawdzie pode mną systemy organów państwowych, ale miłości z tego nie będzie. Kurwa. Kurde belens znaczy się.

02:13, zetidwazera
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 stycznia 2005
Czasem slonce, czasem deszcz

Czasem słońce, czasem deszcz. Kurde, Hindusi to mają łeb do metafor. Łeb jak sklep. Nie, taki to ma Woody Allen. To znaczy, że mądry jest. On wymyślił te dziesięcioletnie dzieci siedzące w klasie, które kolejno wstają i deklarują (jakoś tak):

 

Ja jestem przedsiębiorcą, handluję foliowymi opakowaniami.

Ja jestem pisarką  i właśnie kończę swoją trzecią książkę o zderzeniu cywilizacji.

Ja jestem wpływowym politykiem. Właśnie kandyduję na gubernatora stanu.

Ja jestem bezrobotny. Żona mnie rzuciła i zabrała dzieci.

Ja mam permanentną depresję, spowodowaną niespełnionymi marzeniami o zawodzie reżysera.

 

A ja zaparzyłem dzisiaj herbatę. Kilka razy. Małysz był siódmy. Odbyłem dobrą rozmowę. Zgrzeszyłem dwukrotnie. Najpierw raz, potem drugi, kiedy pierwszy nie wystarczył. Zastanawiam się, czy jestem szczęśliwy. Już od dłuższego czasu. Chyba tak. Nie zawsze. Ale mimo wszystko.

 

Czasem słońce, czasem deszcz. Doprawdy, kurde. Łeb jak sklep.

 

01:19, zetidwazera
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 stycznia 2005
Jamiot

Kiedy byłem mały, wybieraliśmy się często całą rodziną nad jezioro pod jamiot. Wszyscy mi powtarzali, że to nie tak, że namiot, synku, powtórz, namiot, jamiotów nie ma. Dzisiaj już nie mówię jamiot. Dzisiaj mogę zrobić dziecko, które kiedyś może powie jamiot. A ja je poprawię.

23:13, zetidwazera
Link Dodaj komentarz »
Jak zawsze

I jak tu teraz zyc? Cholera, rysunek Sasnala dalej chodzi mi po glowie. Cos w tym jest. Po glowie chodzi mi rysunek Sasnala, a ja pomiedzy biurkiem i toaleta, gdzie oddaje sie rozkoszom milosnym z Sophie Marceau i innymi pieknymi paniami, zupelnie jak ona nieswiadomymi moich poczynan. Fajnie- powie jakis kretyn w kretynskiej reklamie. Jak zawsze- doda Gawlinski wespol z trzema pierdolnietymi rybkami w lodowce, ktora wczesniej otworzy pan Markowski, ten, co chcial ze sceny zejsc, a przynajmniej chcial wiedziec kiedy. A pan Soltysik ma lysego konia. A pan Chajzer to nie pan Chajzer, tylko Zygmunt. A dzieci w Afryce gloduja. A ja jestem altergloblista, jedzacym hamburgery. Czasem. Rzadko. Staram sie nie, ale robie wyjatki. I jestem socjalliberalem. Konserwatywnym, zeby nie bylo. I moje studia zaczynaja mnie nudzic. Bede politologiem.

 -Politykiem?

- Nie, nie politykiem. Politologiem.

- Kim?

- Politolo... Tak, bede politykiem, niech, kurwa, tak bedzie. I co za roznica?

Niewazne (to jeden pan w reklamie caly czas powtarza i bardzo tego nie lubie). Bede politologiem. Bede poltergeistem. Bede straszyl ludzi.  Fajnie- powie jakis kretyn w kretynskiej reklamie, a Gawlinski, pan Markowski i trzy pierdolniete rybki usmiechna sie szeroko. Jak zawsze. Wlasnie. Czemu, kurwa, jak zawsze?- mysle sobie, Sophie Marceau czeka w toalecie, a rysunek Sasnala chodzi mi po glowie.

02:21, zetidwazera
Link Komentarze (2) »